weekend-we-lwowie

Pomysł na weekend? – Lwów!

Ostatni długi weekend spędziliśmy razem z żoną we Lwowie i uważam, że jest to miasto, które każdy powinien odwiedzić chociaż raz. Zwłaszcza, że koszt takiego wypadu nie przekracza przeciętnego weekendu nad polskim morzem lub w górach, a odległość do pokonania jest stosunkowo niewielka.

Ten tekst to nie jest przewodnik po Lwowie, bo kilka dni to zdecydowanie za mało, żeby móc czuć się ekspertem. Miasto oferuje naprawdę wiele atrakcji i żeby ogarnąć je wszystkie potrzeba w nim spędzić trochę więcej niż jeden weekend. Na szczęście przystępność Lwowa sprawia, że wszystko to można bez problemu rozłożyć na kilka razy.


Jak dostać się do Lwowa?

Najszybszym sposobem jest teleportacja, ale wiem, że nie każdy to potrafi.

Do Lwowa latają również samoloty, ale w tym przypadku koszt naszej wycieczki znacząco się zwiększy.

Własnym samochodem nie radzę się tam wybierać. Drogi są kiepskie, ludzie jeżdżą jak chcą, a światła są raczej tylko dla ozdoby. Jeżdżąc po Lwowie taksówkami (działa tam też Uber), ciężko było się zorientować, którym pasem jedziemy. Ba, ciężko było stwierdzić, że istnieją w ogóle dwa pasy. Dodatkowo, polskie rejestracje są tam łakomym kąskiem dla drogówki.

W zeszłym roku do Lwowa jechaliśmy autobusem. Wszystko ok, poza cholernie długim oczekiwaniem na granicy. W stronę Lwowa nie było żadnej kolejki, a kontrola trwała prawie 3 godziny. Wszyscy wysiadać i stać na przejściu – tak po prostu. W drodze powrotnej nasz postój trwał już ponad 5 godzin.

W tym roku wybraliśmy się do Lwowa pociągiem i uważam, że był to najlepszy wybór. Niestety, pociągi do Lwowa nie jeżdżą z dowolnego miejsca, więc najpierw musieliśmy dostać się samochodem do Przemyśla (niedaleko dworca PKP jest tam strzeżony parking, na którym można odstawić auto na czas wycieczki). Z Przemyśla pociąg do Lwowa jedzie około 2 godzin, a prawie cała odprawa/kontrola odbywa się podczas jazdy.

Bilety na pociąg do Lwowa trzeba kupić już przed wyjazdem, ale na szczęście można to zrobić poprzez stronę ukraińskich kolei – tutaj. Bilet kosztuje niewiele ponad 30zł. Bardzo zaskoczył mnie stan pociągu, którym jechaliśmy. Pociąg był w miarę nowy, czysty i wygodny. Hitem były filmiki wyświetlane na monitorach, z których można było się dowiedzieć jak zrobić maskę przeciwgazową z butelki po wodzie lub jak przygotować lody z wody po ogórkach kiszonych… warto!


Ceny we Lwowie

Nie oszukujmy się – ceny we Lwowie są tym, co przyciąga wielu turystów. Minęły już czasy, kiedy za 50zł można było poczuć się jak król. Nadal jednak można tam zjeść i dobrze się bawić o wiele taniej, niż w naszych rodzimych kurortach.

Taksówka z dworca do centrum to koszt około 15 zł. Warto z niej skorzystać, żeby jak najszybciej się stamtąd wydostać. O ile dworzec kolejowy wygląda bardzo okazale i robi wrażenie, to przylegający do niego dworzec autobusowy przypomina siedlisko najgorszego elementu w połączeniu z cygańskim koczowiskiem.

Nie warto we Lwowie liczyć na to, że obkupicie się ciuchami – ubrania są tu zdecydowanie droższe niż w Polsce. Wszedłem z ciekawości do Pull&Bear w Galerii Forum i okazało się, że za t-shirt, który u nas kosztuje 70 zł, we Lwowie musimy zapłacić ponad 80 zł.

Do Lwowa jedzie się jeść, pić i dobrze się bawić! I to jest tu w zdecydowanie lepszych cenach niż w Polsce. Lwów to typowo turystyczne miasto, pełne dobrych restauracji i ciekawych knajpek. Za naprawdę dobry obiad w restauracji zapłacimy tu jakieś 25-30 zł. Jednych ta cena może nie powalać, ale weźmy pod uwagę, że w Polsce, w restauracjach o zbliżonym poziomie za 25 zł możemy zjeść sobie co najwyżej dobrą przystawkę.

Pamiątkami z Lwowa, które naprawdę opłaca się przywieźć są wódka i papierosy – te są dużo tańsze niż w Polce. Przeciętna cena fajek to jakieś 6-7 zł, a cena dobrej flaszki nie przekracza 15 zł. Niestety, przez granicę można przewieźć legalnie tylko 1 litr alkoholu i 2 paczki papierosów.


Co robić we Lwowie?

Ja jestem człowiekiem, który żyje żeby jeść. Do Lwowa jechałem w dużej mierze po to, żeby popróbować dobrego żarcia i pod tym względem nikt nie powinien być rozczarowany.

Kiedy ktoś pyta mnie o Lwów, to zawsze przypomina mi się moja pierwsza wizyta i nasze wieczorne wyjście do klubu Stargorod, który dzień wcześniej polecili nam miejscowi. Za wejście skasowali nas wtedy po 200 UAH (około 30 zł) i pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to że zobaczyli Polaków i golą nas z kasy. Po wejściu do „klubu” (który w dzień jest normalną knajpą) zobaczyliśmy wielką halę, wypełnioną meblami ogrodowymi i kawałek podestu, który miał spełniać rolę parkietu. Ludzi niewiele, parkiet pusty… nic specjalnego. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze usiąść, a kelnerka przyniosła kolejkę piwa.

– To nie dla nas, my dopiero przyszliśmy i nic jeszcze nie zamawialiśmy.

– To w cenie

Później przyszła druga kolejka, a zaraz po niej kelnerka przyniosła ruszt, na którym kręcił się pieczony udziec, a później kolejny… na oko ze 4 kg mięsa i zasmażanej kapusty. Wszystko w cenie… W międzyczasie klub wypełnił się ludźmi.

Tym razem nie było klubów. Skupiliśmy się na restauracjach i knajpkach.

Przyjechaliśmy do Lwowa bardzo głodni, więc od razu poszliśmy szukać jakiegoś miejsca, żeby usiąść i zjeść. Niestety, przeliczyliśmy się. W mieście były wielkie tłumy i wszystkie knajpy pękały w szwach, a przed wejściami ustawione były kolejki oczekujących na wolny stolik.

Opera Lwowska

Baczewski, Arsenał, Kumpel… wszystko, co znaliśmy choćby ze słyszenia było pełne. W Baczewskim, stolik można było zarezerwować najszybciej na poniedziałek. Trafiliśmy do, jak się okazało, stosunkowo nowej restauracji Gvara. Smażone świńskie uszy (lwowski przysmak), smażone pałeczki z polenty, połówka pieczonego kurczaka i pierogi żytnie z kozimi policzkami, do tego dwa piwka. Wszystko naprawdę bardzo smaczne, a koszt całej kolacji nie przekroczył 100 zł.

Na powrocie do mieszkania chciałem kupić jakieś piwko, ale okazało się, że po 22 nie można tu kupić alkoholu. Musielibyśmy szukać jakiegoś małego sklepiku, który ma w dupie takie zakazy, ale nie mieliśmy już na to sił.


We Lwowie nie da się nudzić!

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od śniadania w Lviv Croissants – sieć, która jest obowiązkowym punktem dla każdego odwiedzającego Lwów! Pyszne, świeże croissanty, serwowane na wiele sposobów (na słodko i na wytrawnie). Nie mam pojęcia, dlaczego nie ma jeszcze takiej „śniadaniowni” w Lublinie. Cena kawy wahała się tu od 3 do 6 zł, a croissant, np. z kurczakiem, serem i warzywami kosztował mniej niż 10 zł.

lviv croissants
Lviv Croissants

Po śniadaniu wybraliśmy się na bazar – rynek Krakowski. Słyszeliśmy, żeby nie ubierać się tam jak turysta z pełnym portfelem i raczej nie krzyczeć nic po polsku, więc zaczesałem grzywkę przed siebie, żeby wyglądać jak miejscowy i ruszyliśmy. Matko! Co to był za bazar! Dostać tu można wszystko (poza słynnymi krówkami z Ukrainy, których szukają wszyscy, a podobno ich już nie produkują). Na bazarze jest duża, piękna hala, która pamięta lata świetności ZSRR, gdzie na długich ladach sprzedawane jest mięso. Uwierzcie mi, że na pewno nie chcielibyście tego mięsa jeść. W oczy rzucają się tu również wszechobecne podróbki, których ceny są bardzo umowne, ale z mojego rozeznania wynika, że Ukraińcy muszą zaktualizować polskie ceny. Z ciekawości zapytałem o cenę bluzy marki Puma. Jak dla mnie to 1000, a w zasadzie za chwilę już 1100 UAH (około 180 zł). Serio ktoś to kupuje?

Później ruszyliśmy w miasto i trafiliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Namówiła mnie do tego żona, bo sam z siebie w życiu nie pomyślałbym, że chciałbym obaczyć jakikolwiek cmentarz. Do tego za wejście liczą sobie 40 UAH! Okazało się, że było warto. Cmentarz wygląda jak piękny park – jest pełen zieleni, a efekt potęgują ładne, odnowione alejki i bardzo ciekawe nagrobki, często wyglądające jak pomniki. Częścią Cmentarza Łyczakowskiego jest Cmentarz Orląt Lwowskich – miejsce, w którym spoczywają setki polskich żołnierzy.

Cmentarz Łyczakowski lwów
Cmentarz Łyczakowski

Weekend we Lwowie to zawsze dobry pomysł


Po cmentarzu udało nam się znaleźć wolny stolik w Kumplu. Wiele osób chwali tę knajpę, ale będąc szczerym, to było chyba najgorsze miejsce, jakie odwiedziliśmy. Żurek mega słaby, a piwo produkowane na miejscu raczej nie trafiło w mój gust (z sześciu, których spróbowaliśmy, tylko jedno uznaliśmy na niezłe). Do tego łazienka była cała zalana (mam nadzieję, że wodą). Ciekawostką jest, że nasz rachunek został rozbity na trzy części – jedzenie, piwo, wódka.

Największą atrakcją podczas każdej podróży jest dla mnie odwiedzenie lokalnego marketu, żeby pooglądać, co ciekawego jedzą miejscowi, a ja tego jeszcze nie znam. Niestety, sklepy we Lwowie to żadna atrakcja – często świecą po prostu pustkami, a jedyne co można dostać zawsze to wódka i zapojka. Wyczytaliśmy na jakimś blogu, że jest podobno jedna perełka – market Slipo w Galerii Forum. Że podobno Alma oraz Piotr i Paweł w latach swojej świetności się chowają. PODOBNO tak ekskluzywny sklep, że chciałoby się kupić wszystko. Podobno… no właśnie, tylko podobno. Wystrój całkiem ładny, półki pełne (co akurat było dla nas nowością we Lwowie), ale żeby były tam jakieś cuda na kiju, to nie widzieliśmy. Wzięliśmy jakieś wafelki i stwierdziliśmy, że nic tu po nas. Spiliśmy jeszcze kawę na dachu galerii i postanowiliśmy wracać.

Wieczorem na mieście pojawiły się jeszcze większe tłumy niż dnia poprzedniego. Po drodze udało nam się znaleźć miejsce w knajpce serwującej pielmieni (przepyszne). Mimo, że była to moja druga wizyta w tym miejscu, nie mam pojęcia jak nazywa się ta knajpka. Poznacie ją po kolesiu w przebraniu pieroga przed wejściem, a po wejściu w oczy rzuci się Wam ściana z drewnianych pniaczków i mchu. Za niewiele ponad 10 zł można tu zjeść porcję małych pierożków z mięsem i bulionem. Koniecznie w asyście octu i śmietany!

weekend we lwowie
Lwów

I przyszła kolej na punkt kulminacyjny – Pijana Wiśnia. Pijaną wiśnię możecie spotkać też w Polsce, ale to właśnie na Ukrainie ma ona swoje korzenie. Niby nic. Niby nie ma nawet gdzie usiąść. Nie ma nawet menu, bo do wyboru jest tylko jedna pozycja, ale za to jaka! Nalewka wiśniowa! Ja to w sumie nawet nie lubię nalewki wiśniowej, ale ten klimat jest nie do podrobienia, a produkt Pijanej Wiśni, mimo że niepozorny, uderza do głowy szybciej niż myślicie. Potwierdzają to tłumy przed lokalem. I jeszcze ciekawostka – tutaj spotkaliśmy jedyną barmankę w całym Lwowie, która się uśmiechała. Serio, ciężko tu o jakikolwiek uśmiech ze strony obsługi, ludzie są raczej ponurzy i wyglądają na zmęczonych.

Niestety, nie opowiem Wam, co działo się później. Nie dlatego, że nie chcę… Było jakieś piwo, była jakaś pizza… ale gdzie, co i jak? Ehh… ta Pijana Wiśnia.


„… nie ma jak Lwów!”

Przede wszystkim, wszystko to, o czym piszę odbywa się w pięknych okolicznościach starego miasta. Sporo ludzi, zanim przyjedzie pierwszy raz do Lublina, wyobraża sobie, że to dziura zabita dechami, a chwilę później jest zachwycony urokiem tego miasta. Architektura Lwowa przypomina mi trochę Lublin, z tym że Lwów jest o wiele większy. No i większości kamienic przydałby się delikatny remont. Między starymi kamienicami znaleźć możemy monumentalne budowle, np. Operę Lwowską – ta, zwłaszcza nocą robi niemałe wrażenie.

Lwów jest miastem, które żyje. Ruch w centrum jest niesamowity. Wydaje mi się, że w dużej mierze jest to zasługa turystów. Ciężko przejść lub posiedzieć na ławce, żeby ktoś zaraz Was nie zaczepił, ale nie spotkałem się z nachalnym żebraniem. Jeden proponował opaski w barwach flagi Ukrainy, inny układał wiersze z losowo wybranymi przez nas słowami, jeszcze inny sprzedawał kwiaty.

Co ważne, z większością osób, które spotkacie we Lwowie dogadacie się po polsku. Może nie każdy mówi w tym języku, ale większość rozumie co się do nich mówi. Zdarzało się, że w restauracjach obsługa sama proponowała, żebyśmy mówili w języku polskim.

Trochę żałuję, że nie zostaliśmy dzień dłużej, bo lista miejsc do odwiedzenia była naprawdę długa. Z drugiej strony są powody, żeby niedługo wrócić do Lwowa i nadrobić zaległości. Wam wszystkim polecam wybrać się tam choćby na jeden weekend. To miasto, którego historia jest ściśle związana z Polską, zaskoczy Was niejednokrotnie. A dla tych, którym wydaje się, że Lwów to dzikie miasto – nic bardziej mylnego. Chciałbym czuć się tak swobodnie i bezpiecznie w każdym większym, polskim mieście.

Czytaj więcej!

Pozdro!

Cześć! Jeśli przeczytałeś ten tekst do końca, to udostępnij go u siebie. Inaczej czekają Cię same nieszczęścia! Teresa z Konina nie udostępniła go u siebie i zsiadło jej się mleko w lodówce. Tadeusz z Żagania również go nie udostępnił i odpadła mu podeszwa z klapka! Arkadiusz z Rumii udostępnił go i następnego dnia wygrał darmowego Harnasia!


Czytaj również:

Weekend we Lwowie

Please follow and like us:

4 thoughts on “Pomysł na weekend? – Lwów!

    1. Kolejka była taka, że nie chciało nam się czekać, ale następnym razem na pewno będę chciał zobaczyć. Do Lwowa trzeba jechać wtedy, kiedy nie ma zbyt wielu turystów – chociaż bardzo trudno trafić w taki termin 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Enter Captcha Here : *

Reload Image